
Wiele małych
dziewczynek marzy o tym by zostać sławnymi aktorkami. Móc grać w filmach,
albo na teatralnych scenach. Być sławnymi i rozpoznawalnymi. Co prawda ja mając pięć lat marzyłam o
zawodzie archeologa, ale opatrzność losu postanowiła, że siedem lat później
zagrałam na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu.
Idąc do gimnazjum wybrałam klasę z rozszerzonym językiem
polskim, ponieważ był to mój ulubiony przedmiot w szkole podstawowej. Już we wrześniu zostałam poinformowana, że
pierwszy rok mojej edukacji ma zakończyć się premierą "Skąpca"
Moliera. Od tej chwili z niecierpliwością czekałam na obsadzenie ról i
pierwsze próby.
Przygotowania
do spektaklu zaczęliśmy od przeczytania "Skąpca" i omówienia go. Potem
role zostały podzielone i mogliśmy uczyć się tekstu. Mnie przypadła rola
Marianny, bardzo łagodnej i spokojnej dziewczyny zakochanej w pewnym
młodzieńcu, ale zmuszonej do wyjścia za mąż, za starego skąpca. Gdy miały odbyć
się pierwsze próby, dostaliśmy informację, że człowiek który miał być naszym
opiekunem, brał udział w wypadku samochodowym niedaleko Warszawy i nie dojedzie
na czas. Nasza polonistka musiała znaleźć nowego opiekuna. Został nim pan Rafał Kronenberger, ale termin pierwszej próby
wyznaczono na za dwa tygodnie.
Najpierw przyzwyczajaliśmy
się do aktorstwa. Odgrywaliśmy proste role, tworzyliśmy własne interpretacje.
Bardzo często były to nietypowe zadania, takie w których nie czuliśmy się
pewnie, ale to pozwoliło nam rozwinąć skrzydła. Przez następne dni
dopracowywaliśmy nasze postaci. Nadawaliśmy im własny charakter i ożywialiśmy
je. Bardzo często były inne niż oryginały, miały inne wartości i cele, ale
widać w nich było nas. Pan Rafał miał
bardzo ciekawe podejście do naszego przedsięwzięcia. Kazał nam krzyczeć przez
okna, aby zwrócić uwagę przechodniów, albo rzucać w siebie piłeczkami
pingpongowymi. Stworzyło to niezwykły i niepowtarzalny klimat, który wspominam z radością. Ciekawym
pomysłem, było też wyświetlanie na ścianie naszych zdjęć w odpowiednich momentach.
W przeddzień
przedstawienia nie mogłam spać. Czułam jednocześnie szczęście i niepokój. Z
dnia 10 czerwca 2013 nie pamiętam nic, do godziny 16, kiedy do poniesienia
kurtyny zostało 1,5 godziny. Musieliśmy się przebrać, uczesać i mentalnie
przygotować do naszego debiutu. Miejsca były powoli zajmowane. Zaproszeni
zostali wszyscy nauczyciele, nasze rodziny i przyjaciele. Ostatnie uściski od
polonistki, obietnica trzymania kciuków i weszliśmy na scenę, po ciemku.
Sece było mi tak głośno, że na pewno słyszały je osoby siedzące w trzecich
rzędach. Puszczono muzykę, podniesiono kurtynę i włączono światła. Zaczęło się.
Najpierw
widziałam tylko jasność, potem usłałam
pierwsze tony melodii. Przypomniałam sobie o uśmiechu. Nie czułam żadnej
różnicy pomiędzy tym co działo się teraz, a na próbach. Grałam. Odtwarzałam z
pamięci tekst bez żadnego problemu, jakby to były moje słowa. Jakbym była mną,
a nie Marianną. Znikło niepokojące ukłucie w brzuchu, czułam tylko szczęście.
Czas jakby przyśpieszył. Kiedy kłaniałam się po zakończonym spektaklu, czułam
jakby minęło pięć minut, a nie półtorej godziny. W tym dniu dowiedziałam się,
że chciałabym zostać aktorką. Podobały mi się owacje na stojąco, kwiaty,
późniejsze gratulacje, ale najbardziej duma jaką czułam w każdej minusie
przedstawienia. Zagranie na prawdziwej scenie, to jedno z moich największych
osiągnięć. Ale chciałabym mieć ich więcej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz